niedziela, 29 listopada 2009

No i po co gdańscy pocztowcy oddali swoje życie w 1939?

Temat pachnie nieco obrazoburczo w kontekście historycznym, nie chodzi jednak o obrażanie kogokolwiek. Wielka cześć i chwała należy się wszelkim objawom patriotycznym, a już przede wszystkim w czasie wojny. Tekst dotyczy pewnej kontrastowości pocztowców ze słynnej Poczty Gdańskiej i dzisiejszych pracowników poczt w tym mieście. Kiedy mówimy Poczta Polska, mamy na myśli dostojną instytucję, która ma ugruntowaną pozycję w naszym państwie. Zaraz do głowy przychodzą nam wielcy obrońcy Poczty Gdańskiej. Ale jak się okazuje, ciężar historyczny jest dla Poczty Polskiej po prostu za ciężki.
Pracownicy Poczty Polskiej są całkowicie nieprzygotowani do pracy. Nie znają zasad gospodarki wolnorynkowej, pracują jakby zakładzie wprost z PRL-u, według zasady "czy się stoi czy się leży, kasa się należy". Panie przy okienkach przypominają portierki w akademikach, uważają, że to od ich decyzji zależy sukces dostarczenia naszych paczek i przesyłek.
Od jakiegoś czasu ponawiam próby spokojnego wysłania paczki na Poczcie Polskiej. Nic z tego. Do najlepszych akcji dochodziło, gdy się pytałem, czy można obliczyć wartość paczki. Zwyczajowo na każdej poczcie, powinna znajdować się specjalna "linijka", która ma za zadanie obliczyć grubość naszej przesyłki. Sęk w tym, że albo urzędy nie mają tego skomplikowanego urządzenia, albo nie potrafią z niego skorzystać. W przypadku tego pierwszego, pani w urzędzie pocztowym, na moje pytanie, czy nie może jednak dłużej poszukać tej "linijki", odpowiedziała i tutaj cytuję "że, nie będziemy się targować, przecież to różnica 30 groszy". Zatkało mnie w całości. Pytam się więc, jeżeli to 30 groszy, to czemu w takim wypadku ja mam ponosić tego koszty. Przecież to poczta nie posiada potrzebnych narzędzi weryfikacyjnych.
Na poczcie jest co najmniej kilka okienek, obserwując jednak pracę urzędników, można dojść do wniosku, że tych okienek jest jednak za dużo. Mam wrażenie, że pocztowcy grają w jakąś dziwną grę, coś w rodzaju połączenia koła fortuny i totolotka. Widzimy co możemy wygrać ale los jest nieobliczalny. Na wygraną możemy czekać i jeszcze raz czekać...
Okienko puste, a przy nim kolejka 8 osób. W innych okienkach urzędnicy pocztowi, oczywiście myślą, że klienci są ślepi. Taki obraz nam, przynajmniej mnie dotyka bardzo często.

czwartek, 26 listopada 2009

Zapraszam wszystkich czytelników do obejrzenia albumów i artykułów mojego autorstwa (możecie je również oceniać):

http://iarchiwum.pl/profil/Murawski.html

sobota, 10 października 2009

Polska znów grała na World Class i przegrała. Co łączy reprezentację z grą Fifa 10?

No niestety, Polska znowu przegrała mecz ostatniej szansy. Już wiadomo, że nie zobaczymy ani Obraniaka, ani innego Ludovica, Olisadebe, czy Guerrerowicza. Marzenia spaliły się na panewce. Okazało się, że nasza grupa to grupa śmierci, a czarnym koniem stali się Słowianie, tylko szkoda, że nie zachodni.
W następnym roku nie będziemy grać już o stawkę i Polacy aby się pobudować, powinni zagrać na początku mecze z San Marino, Luksemburgiem, Liechtensteinem i Andorą. Jak wiadomo, te cztery państwa z pewnością wzmocnią swoje reprezentacje i podobnie, jak Słowacja i Słowenia staną się już niedługo potęgami w piłce nożnej. Polacy, natomiast będą się chełpić, że pokonali przyszłych mistrzów.
Aby nie zaliczyć wpadki i nie przegrać z przyszłymi mistrzami, trener Majewski musi ustawić odpowiedni poziom trudności, bo z poziomu taktyki to oblał w Cracovii.
Najlepszym wyjściem, będzie ustawienie poziomu World Class (klasa światowa) z San Marino, zobaczyć jak pójdzie i przestawić w miarę możliwości poziom trudności. Powiedzmy, że jak wygramy z "tygrysami Alp" 12:0, to możemy zagrać na Professional (profesjonalista) z Luksemburgiem i Liechtensteinem. I jeżeli wygramy, to Majewski powinien zaryzykować World Class z Andorą. Dzięki takim zabiegom, będziemy doskonale przygotowani do Mistrzostw Europy.
Sekretem prowadzenia reprezentacji jest odpowiednie dopasowanie poziomu trudności do przeciwnika. Dzięki tej prostej zasadzie, już na poziomie Amator, Polacy mogą być równym przeciwnikiem dla samej Anglii.
Panie trenerze Majewski, proszę sobie kupić nową grę Fifę 10 i troszkę potrenować zmianę poziomu trudności, bo tylko podnoszenie poziomu trudności przeciwnika daje pozytywne efekty. Beenhakker chciał zrobić wszystko od razu i rzucił Polaków na World Class, nie wiedząc, że w Holandii nie ma problemu z ustawieniem poziomu gry przeciwnika, bo tam wszyscy grają na World Class. W lewym górnym rogu, podaję przepis na zmianę poziomu gry przeciwnika. Jego zaletą jest to, że nie trzeba czytać, ustawić i grać.

sobota, 3 października 2009

Reklamy w kinie- nowe źródło reklamowej depresji

Kiedy wybieramy się do kina, mamy nadzieję oglądnąć film, to oczywisty i niezaprzeczalny fakt. Tradycyjnie, zawsze przed seansem zasiadamy na swoich miejscach i oczekujemy dobrej rozrywki, a większość widzów również czeka na reklamy nowych produkcji filmowych. Do takich widzów, również ja należę. Nie ukrywam, że niektóre reklamy zachęcają do kupienia biletu na seans kinowy. Niestety, moje oczekiwania co do reklam filmowych zostały nieco zachwiane. Długo oczekiwany nowy film Pedro Almodovara, został okraszony blisko tuzinem reklam...
Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie były to reklamy telewizyjne. Wybierając się do kina, na srebrnym ekranie zamiast reklam filmów, zobaczymy reklamy, które godzinami i tysiącami serwują stacje telewizyjne. Mówiąc bardzo grzecznie i oględnie, nie dość, że jesteśmy ofiarami kapitalizmu, stajemy się tak naprawdę ofiarami wszechwładnej dominacji reklam w kulturze. W sferze, która powinna zachować resztki godności, gdzie reklama nie powinna nas już nękać.
Przed oczekiwanym seansem w Multikinie, zamiast reklam filmów oglądałem kilkanaście reklam środków przeciwbólowych i leków, które mają chronić nas przed nadchodzącymi chorobami.
Z litości nad widzem, sieć kinowa pokazała na końcu cyklu reklamowego, jedną reklamę filmu, której oczywiście już nie pamiętam.

wtorek, 15 września 2009

Do czech razy sztuka- historia tytułu nieadekwatnego

Są rzeczy na świecie, które swoim wyglądem zewnętrznym oszukują nas co do prawdziwego stanu rzeczy. Innymi słowy, rzeczy te korzystają z instrumentu zwanego kamuflażem. Oszukują producenci żywności, książek, zdarza się, że przy pomocy kamuflaży oszukują również zwierzęta.
O tym, że oszukują dystrybutorzy filmowi, mogłem się przekonać po raz kolejny po obejrzeniu filmu "Do czech razy sztuka".
Jak się okazuje cała reklama firmująca film jest fałszywa. Każdy mieszkaniec tego kraju, ma doskonałą świadomość, iż w Polsce panuje zasada, że przetłumaczony tytuł nie ma nic wspólnego z treścią. Tytuł ma być przyjemny, ma łatwo kojarzyć się, ma być po prostu zwykłą marketingową komerchą. Dystrybutorzy nie mają odwagi aby wprowadzić tytuł oryginalny, gdyż ten może pozostać niezauważony. Dlatego też, tworzą nowe tytułu, które są po prostu głupie, lecz dostrzegalne. Następnie, wokół tytułów tworzy się otoczkę, która uzupełnia resztę reklamy. Otoczka, oczywiście również nie jest adekwatna do treści filmu.
Potencjalny widz filmu "Do czech razy sztuka", oglądając reklamy w telewizji, pójdzie do kina myśląc, że będzie to kolejne dobre dzieło made in cech rebublic. Jak będzie, to już jest kwestia gustu. Filmów Zelenki nie trzeba reklamować, nie ma potrzeby mówić, że pochodzą z Czech.
Chodzi jednak o co innego. Reklama mówi wprost, że bohaterem filmu jest pewien Pan, który będzie miał bliższe związki z kilkoma kobietami. Dla każdej kobiety jest przypisany numer. Przy czwartym, jest znak zapytania, który pokazuje, że może "nie do trzech" a "do czterech razy sztuka".
Po pierwsze, główny bohater wcale nie szuka miłości i nie traktuje jej na pewno przysłowiowo "do trzech razy sztuka". Bohater filmu to najzwyklejszy rozpustnik, i taki też jest tytuł oryginalny z języka czeskiego. Nie poszukuje miłości a kobiety w jego życiu pojawiają się jakby przypadkiem. Przy tym ostrzegam, to nie jest komedia a filozoficzna opowieść o człowieku, który się "wypalił' i nie szuka bynajmniej sensu w życiu. Błąka się po mieście w poszukiwaniu właśnie jakiegoś przypadku, który mógłby coś zmienić, ale sam nie jest w stanie zrobić.
Po drugie, pod czwartym numerem w reklamie, są przedstawione bodajże trzy kobiety. Prawda jest taka, że te kobiety są tylko w jednej scenie filmu i główny bohater nie ma nic z nimi wspólnego.
Nie jest przypadkiem, że taka reklama mogła ujrzeć światło dzienne. Film rzeczywiście nie powala. Widocznie, ktoś postanowił zaryzykować i wpuścić go do kin, robiąc uprzednio potencjalnych widzów "w konia".

niedziela, 13 września 2009

Ludobójstwo a zbrodnia wojenna: przykład, kiedy nuda prowokuje polityków do bezużytecznej debaty

Niedawno miała miejsce bitwa medialna i polityczna pomiędzy Rosją a Polską. Ta bitwa pomiędzy wrogimi sobie państwami jest może zrozumiała. Ma ona jakiś sens historyczny. Tym bardziej ma sens, że w rozliczeniu polski rząd nie rozpoczął kampanii odwetowej i starał się częściowo rozwiązać konflikt zakulisowo.
Dziwi jednak mnie bitwa, która rozpoczęła się po wyjeździe premiera Putina z Westerplatte. O dziwo, Polacy zaczęli się szarpać sami ze sobą. O Katyniu nie było mowy podczas rozmów ze stroną rosyjską, natomiast dużo miejsca zajęła II Wojna Światowa. Może było to celowe działanie Kremla, aby Polacy zapomnieli trochę o zbrodni. Może i wpadliśmy w zasadzkę i już nie chodzi o to czy świadomie skonstruowaną przez Rosjan, ale Katyń nagle się Polakom, głównie z PiS-u, przypomniał i stał się narzędziem kolejnej awantury sejmowej. Tym kręgom politycznym, którym się nie udało nadać tonu nacjonalistycznego w rozmowach z Rosją podczas obchodów na Westerplatte, zależy teraz na rozpętaniu burzy medialnej. Potrzebowali oni punktu zaczepnego, no i znaleźli Katyń. Wiadomo, że od niedawna Putin jest chętny do rozmów w sprawie katyńskiej. Z drugiej strony, jest to najgorszy plan rozwoju sytuacji politycznej dla prawicy. Na wrogości z Rosją, faworyci opozycji budowali i budują kapitał elektorski. Rozwiązanie tej drażliwej kwestii, mogło być dla niej polityczną śmiercią, albo chociaż nieuleczalną chorobą, powodującą w niedługim czasie śpiączkę, z której nie wiadomo czy prawica w tej postaci, jaką mamy dzisiaj, cudownie się przebudzi. Nie pomoże nawet rozkoszny pocałunek krasnala, a nawet dwóch krasnali, bo pisowska księżniczka będzie prawie martwa.
Więc, by przetrwać prawica będzie wrzeszczeć, krzyczeć i szaleć, wzywać do buntu. Katyń stał się punktem honoru i ostatnim bastionem po przegranej batalii, po wrześniowej porażce na Westerplatte.
Z punktu widzenia zwykłego człowieka, a nawet historyka konflikt o Katyń, czy to jest ludobójstwo, czy zbrodnia wojenna nie mają większego znaczenia. Zbrodnia wojenna jest ludobójstwem w czasie wojny, a ludobójstwo zbrodnią w czasie wojny. Klasyczne qui pro quo. Kolejna pożywka dla polityków, którzy nie mają co robić i czują, że wypełniają w ten sposób swój obowiązek obywatelski.

wtorek, 1 września 2009

Każdy coś innego ma do powiedzenia...

Dziś, w rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, prominentni przedstawiciele rządów Europy i Świata, przedstawili swoją wizję przeszłości i przyszłości.
Nie było rozczarowania wypowiedzią Władimira Putina. Wydaje się, że premier Rosji, szczerze chciał przechylić szalę wagi zwycięstwa nad faszystami nad winą rozpoczęcia II Wojny Światowej przed ZSRR. Putin chciał tym samym powiedzieć, że Świat powinien odczepić się od Rosji, bo wszyscy byli umoczeni w rozpoczęcie wojny a pakt Ribentrop-Mołotow, nie był czym innym, jak tylko kolejnym paktem o nieagresji, który był podobny do innych paktów podpisywanych przed rozpoczęciem się wojny przez inne państwa w Europie. W zasadzie, nie wiadomo co chciał powiedzieć, jakby miał coś, jakiś wyrzut do wytknięcia ale się powstrzymywał.
Jedyną osobą szczerze wyznającą swoje stanowisko na Westerplatte, była Angela Merkel. Przyznała się, że Niemcy były winne za rozpoczęcie wojny i biorą całą odpowiedzialność za jej skutki. Reprezentant Francji, wskazał na losy rządu polskiego na emigracji. Szkoda, że nie wspomniał o kolaboracji rządu Vichy. Po czym przeszedł do komunałów o zjednoczeniu Europy. Julia Tymoszenko, mówiła o Ukraińskich ofiarach wojny. Następnie moralizatorsko przeszła do historii najnowszej, wskazując na budowę nowej Europy, jako nadziei na przyszłość. Prezydent Szwecji, powiedział, że II Wojna Światowa była wynikiem pierwiastka zła, ułomności człowieczej, skłonności do czynienia cierpienia innym ludziom, która ukrywa się w każdym narodzie. W dalszej wypowiedzi, konkludując, przeszedł do opowieści o nowej Europie.
Ogólnie spotkanie nie było zbyt uszczypliwe i skromne. Nikt się nie silił na ryzykowne stwierdzenia oprócz putinowskiego braku zdecydowania, czy premier ma coś powiedzieć i zdenerwować wszystkich, czy zasygnalizować oględnie o co mu chodzi. Może trochę szkoda, że wybrał to drugie, ponieważ już nie wiadomo o co chodzi w tym polsko-rosyjskim sporze historycznym.

sobota, 29 sierpnia 2009

Dygresje na temat wizyty Putina na Westerplatte

Już niedługo, bo 1 września na Westerplatte zagości premier FR Wladimir Putin. W czasie tej wizyty mówi się coraz wyraźniej o kwestii poruszenia przez Donalda Tuska, sprawy odpowiedzialności radzieckiej w Katyniu. Wydaję się, że sam Tusk nie zaprzecza tym doniesieniom.
Tusk, z wykształcenia historyk, powinien dobrze wiedzieć, że historii i polityki zagranicznej nie można mieszać. Sprawa Katynia i innych zbrodni jest ważna ale nie można ulegać różnego rodzaju lobbystom, starającym się pokrzyżować plany rosyjsko-polskiego zbliżenia, tym bardziej, że z biegiem czasu będziemy coraz bardziej uzależnieni od Rosji. Jest to widoczne chociażby w sferze energetycznej.
W tej sytuacji nie należy drażnić rosyjskiego niedźwiedzia i nie sugerować rewizji historycznej sprawy katyńskiej. Nie jest to miejsce ani czas na podejmowanie takich decyzji opierających się o drugoplanową realizację. Świadomość historyczna jest procesem i zależy od polityki państwa. Nic nie poradzimy, że Rosjanie nie mają zamiaru przyjąć naszej wersji zdarzeń. Chociażby sam Putin zmienił zdanie i nagle puknął się w głowę, zrozumiawszy, że całe półwiecze rosyjskiej nauki historycznej było w błędzie, to jak przekonać do tego resztę 140 milionowego społeczeństwa.
Jedyną możliwością zmiany stanu rzeczy jest długofalowa współpraca polsko-rosyjska i to na różnych szczeblach, nie tylko historii wzajemnych stosunków na przestrzeni ubiegłego wieku.
Również z naszej strony, czyli Polaków, nie jest priorytetem aby poruszać kwestię katyńską. Siła, którą straci Polska w celu przekazania prawdy historycznej Rosjanom i to z wątpliwym skutkiem, powinna być raczej wykorzystana do budowy pokojowych relacji gospodarczych z FR. Na tym etapie utopijna wizja przekonania Rosjan do polskiego punktu widzenia w sprawie katyńskiej, ma zerowe szanse na powodzenie. Jedynym skutkiem upierania się przy prawdzie historycznej będzie pogorszenie się stosunków rosyjsko-polskich. I co z tego, że zachowamy honor, jak za gaz przyjdzie na płacić drożej.
Apeluję do premiera, aby nie drażnił niedźwiedzia, bo lepiej dzielić z nim wspólnie pieczarę niż próbować upolować go patykiem.

środa, 26 sierpnia 2009

Wszystkiemu winne tajne protokoły?

Echa rosyjskiego filmu Sekrety Tajnych Protokołów nie milkną. Rozgorzała wielka awantura, o to, że film zmienia historię przyczyn II Wojny Światowej. Polacy zarzucają reżyserowi, że ten wskazał na pewne tajne protokoły, które miały być zawarte pomiędzy Niemcami a Polską, przy okazji zawarcia paktu o nieagresji w 1934 r. To miało być przyczyną niepokojów Związku Radzieckiego a zarazem jedną z przyczyn nieufności Stalina wobec Polski.
Strona rosyjska, przez usta MSZ Ławrowa, twierdzi, że niesłusznie obarcza się Rosję za jednego z winowajców rozpoczęcia II Wojny Światowej. Dlatego rewelacje w filmie mają charakter nieco emocjonalny i propagandowy. To jest całkowicie zrozumiałe. W całym tym galimatiasie należy się zastanowić, jak 45 min. film mógł zrobić taką furorę, w jaki sposób stał się tak popularny? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w innych intrygujących pytaniach, które przychodzą do głowy ad hoc. Może komuś zależy na popsuciu stosunków rosyjsko-polskich, które i tak nie należą do najlepszych? Może Putin szuka wymówki aby się wykręcić z wizyty na Westerplatte? Nie wiem.
Po obejrzeniu dokumentu dochodzi się do wniosku, że przedstawia powody wybuchu wojny. Są to te same przyczyny, które odnajdziemy w podręcznikach do liceum. W pewnym momencie pojawia się wątek już sławnych tajnych protokołów. Następnie film ukazuje kolejne przyczyny wybuchu wojny. Szczerze mówiąc, ta kwestia tajnych protokołów w filmie zajmuje niewiele miejsca i raczej nie ma przełożenia na całościowy efekt filmu. Bardziej uderzający jest fakt, że reżyser nie stwierdza, dlaczego 17 września Armia Czerwona przekroczyła granicę polsko-radziecką? Lektor wskazuje tylko na wydarzenie, lecz już nie komentuje.
Nie wiem skąd ta awantura. Dokument wcale nie zmienia historii ale ją bardziej spłyca, powodując zmniejszenie winy Związku Radzieckiego za wybuch II Wojny Światowej. Winą obarcza reżyser, właśnie tajne porozumienia, które podobnie, jak przed I Wojną Światową, nie uchroniły Europy i Świata od przelewu krwi.
Moim komentarzem do tego niech będzie to, że rzeczywiście ZSRR ponosi taką samą winę za wybuch wojny co Anglia i Francja, a nawet mniejszą od tamtych, bo było dyskryminowane w stosunkach międzynarodowych. Ale agresja na Polskę nie zwalnia od odpowiedzialność za złamanie polsko-radzieckiego paktu o nieagresji. Związek Radziecki wykorzystał fakt napaści Niemiec na Polskę i sam zaatakował- to było politycznie korzystne dla Stalina.
Poniżej link do filmu:

http://vision.rambler.ru/users/rutv.ru/1/742/

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Brudnych nie bada, bo uważa, że się nie myją


Dr Stanisław Pilecki, nie jest pierwszym i ostatnim, który złamał szpitalne tabu na temat czystości pacjentów. Lekarz ceremonialnie ostrzega swoich podopiecznych, że jak przyjdą brudni, to będą musieli wrócić do swoich domów i przyjść z powrotem, ale już umyci.
Pan doktor z bydgoskiego szpitala pomylił zawód. Jak chciał pracować z ludźmi czystymi powinien wyjechać do Lozanny, bo podobno w Szwajcarii ludzie dużo zarabiają i na pewno się myją.
Pilecki zapomina, że zawód lekarza jest służbą a nie biznesem. Wyobraźmy sobie, że policjant nie chce pomóc okradzionemu człowiekowi, bo ten się nie ogolił. Albo nauczyciel odmawia uczenia dziecka, które ma brudne uszy albo przysłowiowego gila w nosie. Strażak nie chce zgasić palącego się domu ponieważ czeka, aż domownicy posprzątają. Po prostu DEGENERACJA w pełnym wydaniu.
Nie może być tak aby lekarz nie chciał zbadać pacjenta, gdyż ten jest brudny. Nikt specjalnie nie przychodzi do gabinetu z powodu umyślnej chęci upokorzenia szanownego Pana doktora. Takie zachowanie tylko buduje brak zaufania do szpitali i lekarzy w Polsce. Pan doktor z bydgoskiego szpitala widocznie mieszka w ładnym domku, ogrodzonym szczelnie od brudnego pospólstwa. Pan Pilecki widocznie, nie rozumie, że pacjenci często nie mają możliwości aby się dokładnie umyć. Sytuacja w wielu mieszkaniach jest tragiczna. Są całe ulice w wielu miastach, gdzie nie ma ciepłej wody ani miejsca do kąpieli. Przyczyn nieczystości jest wiele i nie można poniżać człowieka za to, że odważył się przyjść do lekarza.

środa, 19 sierpnia 2009

Teraz bracie, to tylko na około....

Myślałem, ze czasy godzin policyjnych należą do zaszłości, przynajmniej w Polsce. Chociaż mamy XXI wiek i co by nie mówić demokrację, to rzeczywistość wydaje się być jednak brutalna. Od kilku miesięcy na Uniwersytecie Gdańskim, mówiło się o zamknięciu przejścia podziemnego w godzinach nocnych, łączącego ul. Macierzy Szkolnej z terenem UG. Mimo, że postawiono kosztowne bramki, które zdążyły pokryć się warstewką rdzy, nikt bramy nie zamykał.
Wszystko się może zmienić, gdyż widocznie Uniwersytet Gdański przygotowuje zwyczajnych pieszych do zmian. Co powiedzą jednak studenci na początku października, jak tylko zorientują się, że aby z akademików na popularnych Polankach, dostać się po przysłowiowego "Maca" lub po piwo na stację BP, muszą obejść cały teren Uniwersytetu? Odpowiedź nasuwa się sama. Będą głodni, bez piwa to nie będą chcieli nawet mieszkać w akademiku...
Mówiąc już bardziej poważnie, uniwersytet wydał sporo pieniędzy na ogrodzenie. Z punktu widzenia dotychczasowej polityki nonsensów, jaką prowadzi UG nie musi to wcale dziwić. Przecież ważne jest bezpieczeństwo. Ważniejsze niż całodobowa biblioteka lub czytelnia, boisko uniwersyteckie, czy basen, nie mówiąc już o stypendiach.
Nie czepiajmy się płotu, jako elementu krajobrazu przy Wita Stwosza, bo wygląda całkiem ładnie. Uzasadnione pretensje rodzą się, gdy chcemy zapytać: czy budowa płotu była w ogóle potrzebna? Bo przed płotem było równie pięknie jak i po jego postawieniu. A więc nie chodzi chyba o estetykę...
Dlaczego w takim wypadku uniwersytet zabezpiecza się zamkniętą bramą po 22 godzinie? Powiedzmy szczerze, przecież i tak nie ma co tam ukraść. Jedyną zdewastowaną rzeczą w tej okolicy jest tunel, od którego uniwersytet i tak się odgradza.
Darzę UG wielkim szacunkiem, albowiem jest moją uczelnią. Tym bardziej ból ściska serce, gdy za każdym razem przed wejściem i po wyjściu z tunelu, niebieska tablica ostrzegawcza będzie przypominała jakiś obóz, muzeum, a może i nawet skansen.
Zamykanie przejścia jest bynajmniej nie na miejscu. Dumna historia gdańskiej solidarności głosi, że mury runą, runą, runą... Zamiast otwierać się na studentów, UG zamyka się w kosztownej koronie z żelaza.

wtorek, 11 sierpnia 2009

NFZ- Narodowy Fundusz Zbrodni

Wielu ludzi cierpi na ciężkie choroby, których leczenia nie chcą się podjąć szpitale. Niedawno na łamach Dziennika, chora na chorobę Crohna Edyta Pawlik, skarżyła się na NFZ. Mimo poważnej choroby, Edyta nie może doczekać się leczenia, gdyż jak mówi pewien lekarz "u nas pacjent musi wyć z bólu, pójść na zwolnienie lub rentę, zanim dostane pomoc".
Otóż te słowa są brednią, kłamstwem w żywe oczy, nieprawdą a bynajmniej tylko pobożnym życzeniem. Okazuje się, że renta nie jest wcale pewną przepustką do szpitala. Przypadek Pana Kazimierza, który trafił niedawno do szpitala w Sztumie, potwierdza tę zasadę.
Na podstawie przeżyć pacjenta można napisać komedię pomyłek, ale z tragicznym zakończeniem.
Kazimierz, mieszkaniec Malborka, pewnego sierpniowego dnia miał krwawienie z przewodu pokarmowego. Pogotowie nie chciało zareagować natychmiastowo, gdyż stan pacjenta "był stabilny" a pani, która odebrała telefon kazała zadzwonić do przychodni, gdyż inaczej pacjent będzie musiał czekać na karetkę bardzo długo.
Przychodnia stwierdziła, że krwawienie z przewodu pokarmowego kwalifikuje się do natychmiastowej pomocy. Po kolejnej przeprawie z Panią z pogotowia, karetka pogotowia przyjechała natychmiastowo i zabrała Pana Kazimierza.
Jak się następnie okazało, chory został od razu przewieziony do szpitala w Sztumie i tam położony na oddziale chirurgicznym. Lekarze zdiagnozowali marskość wątroby i przekonywali aby przenieść chorego na oddział wewnętrzny. Na dobrych chęciach się skończyło. Pan ordynator oddziału wewnętrznego, stwierdził, że chory nie wymaga leczenia na jego oddziale i nalegał na dalsze leczenie na oddziale chirurgii. Był nieprzyjemny i nie chciał w ogóle rozmawiać o stanie zdrowia chorego z rodziną. Stwierdził, że ma tylko 20 łóżek dla własnych pacjentów ze Sztumu. Pana Kazimierza po kilku dniach wypuszczono ze szpitala, bo lekarze uznali, że teraz pacjent wymaga opieki w domu. Chociaż chory, nie mógł chodzić o własnych siłach, jego brzuch przypominał piłkę, która zaraz pęknie, szpital nie chciał przewieźć karetką Pana Kazimierza do Malborka. Na domiar złego, lekarz na chirurgi nie miał chęci, wypisać żadnego skierowania na oddział wewnętrzny w Malborku. Sprawiał wrażenie bezradnego. Ostatecznie, pacjent był zdany tylko na pomoc swojej rodziny i na autobus miejski.
Po kilku dniach Pan Kazimierz osłabł na ulicy i w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala, ale już na wydział wewnętrzny w Malborku. Tak wygląda w Polsce '"stan stabilny".
Do tego, co mówiła Pani lekarz w cytacie, należałoby zmienić kilka słów i w imię sprawiedliwości społecznej powiedzieć, że aby dostać potrzebną pomoc trzeba zasłabnąć na ulicy, ale uważać aby nie umrzeć.

niedziela, 26 lipca 2009

Konstytucja RP: małżeństwo- nie dla homoseksualistów

Polacy mają wiele zastrzeżeń do związków homoseksualnych, a w szczególności jeżeli chodzi o związki małżeńskie (czyt. cywilne). Do pewnego czasu sam miałem dziwne uczucie lęku, że zgadzam się na takie związki ale coś mną jednak wstrząsało i nie pozwalało do końca dać przyzwolenia. Takie poczucie lęku towarzyszy zawsze, gdy mamy poważny dylemat, którego rozwiązanie może udowodnić własną ignorancję i niechęć do jakiegoś zjawiska. Zgadzam się na coś, ale tak nie do końca. Toleruję, ale bez zastanowienia, bo jeszcze się zniechęcę.
Związki małżeńskie na całym świecie są tak ważnym budulcem społecznym, że ich odpowiedni zapis jest zawarty w ustawach zasadniczych chyba wszystkich państw. Podobnie jest i w Polsce.
Przechodząc do sedna, właśnie homoseksualistów w Polsce blokuje ta sama konstytucja, która powinna zapewniać prawo do małżeństwa każdej osobie, bez różnicy na dobór płci (w myśl polskiej konstytucji, tylko związek kobiety i mężczyzny jest jedynym możliwym tzn. prawnym związkiem małżeńskim).
Homoseksualista niestety takiego prawa nie ma. Logicznie rzecz ujmując geje i lesbijki są pozbawieni tych praw, które posiadają osoby heteroseksualne. Jest to oczywista degeneracja i zaprzeczenie demokracji.
Powracając do moich osobistych lęków. Jeżeli chodzi o zaporę religijną i moralną, to wydają się do przejścia. Religia sama nie wie czego tak naprawdę oczekuje i wcześniej czy później, zgodzi się na ustępstwa. Wystarczy spojrzeć na USA, gdzie wiele kościołów wyznaniowych akceptuje małżeństwa homoseksualne a nawet Rzym przymyka oko na grzeszki amerykańskich katolików. Kwestią rozstrzygającą pozostaje jednak legalizacja związków w świetle prawa. Dotychczas tylko w kilku stanach USA, związki gejów i lesbijek są legalne.
Polska pozostaje jednak (w dużym domyśle) jeszcze państwem wyznaniowym, gdyż panuje tutaj wszechobecna dominacja Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Transformacja w odmiennym myśleniu o związkach małżeństw homoseksualnych, na pewno nie nastąpi bez koniecznego bólu, bo Rzym w tej kwestii pozostaje na razie nieugięty. Lecz potrzeby się zmieniają i jeżeli Kościół się nie zreformuje, nastąpią w nim pęknięcia, a jak wiadomo, największą jego siłą jest jedność.
Chodzi tu tylko o oto, że akceptacja małżeństw homoseksualnych zależy od czynnika sztucznie wykreowanego i popularyzowanego przez Kościół.
Biblia nie dla wszystkich jest nośnikiem cnót moralnych, a już na pewno nie przywiązuje się do niej tak wielkiej wagi, jeżeli chodzi o wzory moralne. Co by było, gdyby chodziło np. o małżeństwa poligamiczne? Przecież cały Stary Testament jest na tych związkach oparty. Oznacza to tym samym zgodę Kościoła na poligamię? Nie. Nie, ponieważ już jeden schemat został przez Kościół powołany do życia i Rzym z niego nie chce zrezygnować.
Moralność jest ściśle związana z religią. Jeżeli się przełamie zaporę religijną, zostanie zdobyta forteca moralna.
Pozostaje tylko schemat tzw. tradycyjnej rodziny. To mnie szczególnie niepokoiło, iż uważałem, że model rodziny jest niezachwianym wzorem wychowania dziecka. Dziecko wychowywane przez homoseksualistów będzie powielało wyuczone wzory i zaprzeczy świętościom hołubionymi przez państwo, społeczeństwo i Kościół. Inaczej mówiąc nie odnajdzie się, gdyż jego światopogląd nie będzie akceptowany przez otoczenie. Nic bardziej mylnego.
Ideał rodziny już w tej chwili jest czymś niejednozadaniowym, żeby nie powiedzieć, że nie istnieje. Tylko Polacy jakoś nie mogą tego zaakceptować. Boimy się, iż małżeństwa homoseksualne zniszczą model polskiej rodziny. W tym problem, że takiej rodziny nie ma. Polski model rodziny jest natomiast ważnym mitem, który jest wciąż utrzymywany przez biskupów.
Kościół nie może zrozumieć, że taki model zniknął wraz z końcem dominacji mężczyzn w związkach małżeńskich i emancypacją kobiet. Nie może zrozumieć, ponieważ nie che, gdyż straciłby na znaczeniu.
Kobieta może decydować, czy chce pozostać w związku małżeńskim, czy z niego rezygnuje. Coraz więcej par wybiera związki oparte na niepisanej umowie. Wiele małżeństw nie może mieć dzieci i decydują się na zapłodnienie in vitro albo zastąpienie matki.
Nie wińmy za to homoseksualistów a raczej postęp czasów. Nikt nie zmieni tego, bo tak musi już być. Tradycyjnego modelu małżeństwa nikt już nie przywróci, gdyż jednocześnie, wiąże się to z przywróceniem nierówności społecznej i dominacji mężczyzny w związku. Zmiana miejsca kobiety, spowodowała całą lawinę nowych i nieodwracalnych procesów w społeczeństwie, niebezpiecznych dla Kościoła.
Nie znaczy to jednak, że nowy model małżeństw ma mieć charakter całkowicie odizolowany od wszelkich świętości. To czy jakaś para małżeńska kultywuje wartości z punktu widzenia narodu, czy religii ważne, raczej nie zależy tylko od Kościoła. Kościół, będzie jednak utrzymywał, że Polska i katolicyzm mają wspólne korzenie historyczne. Problem w tym, że właśnie tylko "historyczne"...
Już się nie lękam i rozumiem, że coś takiego jak "tradycyjny model rodziny" nie istnieje i dlatego potrafię dopuścić w całości myśl o legalizacji małżeństw homoseksualnych.

piątek, 24 lipca 2009

Ch..., psy, sprzedajne dziwki, śmierdzący emeryci...

Krótka historia chamstwa została już dawno przedstawiona przez Waleriana Nekandę Trepkę. Znajdziemy tam wiele nazwisk osób, uchodzących w opinii XVII wiecznej społeczności szlacheckiej, za osoby uzurpujące sobie tytulaturę szlachecką. Cham, to nic innego jak osoba podszywająca się, jako szlachcic.
Czy internauta z Gorzowa miał na myśli takie wyjaśnienie terminu "chamidło" (czyt. cham)? Jeżeli rzeczywiście jest tak, że o tym myślał, to czy jest to w takim przypadku przestępstwo? Nikt w XVII w. nie skarżył Trepki o zniesławienie, czy w takim przypadku p. Wojciechowska ma takie prawo?
Radzę p. Wojciechowskiej najpierw sięgnąć do historii, a później wnosić oskarżenie do sądu.
Ponadto radna gorzowska jest niesłychanie cyniczna, skoro sama używa słów, które w opinii publicznej uchodzą za niecenzuralne, to dlaczego sama się obraża, gdy ktoś użyje tych samych słów wobec niej? To, że zajmuje wysokie stanowisko, nie oznacza, iż może mówić co jej się podoba.
Pytam się, czy sąd w takim razie nie powinien stanąć po stronie internauty Andrzejus?
Kara dla użytkownika forum jest po prostu śmieszna. W ten sposób wolność słowa została naruszona w sposób, jak najbardziej karygodny. Andrzejus określił moim zdaniem obiektywno-subiektywny sąd o p. Wojcechowskiej. Obiektywnym jest fakt, że p. Wojciechowska jest "stara", a przecież to nie jest przestępstwem. Gdy powiem: "hej, młody człowieku", czy to znaczy, że popełniam przestępstwo i w tym przypadku jakiś malec może mnie podać do sądu o zniesławienie, bo nazwałem go "młodym". Absurd. Subiektywnym natomiast sądem, jest fakt nazwania p. Wojciechowską "chamidłem". Już nie stwierdzam do czego odnosi się to słowo, przypominam jednak, że jego użycie ma charakter pejoratywny (wyj. powyżej) i ściśle historytczny. Dzisiaj nie ma ono jednoznacznego wyjaśnienia i nie wiadomo do kogo się w zasadzie odnosi. Raczej odwzorowuje uczucia piszącego, że danej osoby nie darzy się ciepłym uczuciem i nic więcej. Chamem może być p. Lepper, czy p. Kaczyński. Ale co to w zasadzie znaczy? Nic szczególnego! To jakim cudem sąd uznaje racje p. Wojciechowskiej?
Pani Wojciechowska tym samym pokazuje, że nie ma dystansu do siebie i jest zakompleksiona. Kryje się za wyrokiem sądowym i straszy kolejnych internautów. Wojciechowska nie zdaje sobie sprawy z potęgi internertu, być może, że jest już za stara.

Fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta.


sobota, 18 lipca 2009

Wiejska sielanka, ale nie dla zwierzęcia


Po powrocie z Węgorzewa, odwiedziłem jedną ze wsi na Warmii, Tylkowo. W okolicznym przepięknym lesie, rosną równie ładne grzyby. Pośród dorosłych drzew i w licznych zagajnikach można znaleźć kurki, koźlaki i podgrzybki. Czy można jeszcze coś znaleźć oprócz darów natury z lasu? Nie chodzi mi o dzika, zabłąkaną sarenkę i inne zwierzę leśnego raju.
Ja wraz z moją dziewczyną, znalazłem na przykład młodego pieska. Co prawda nie w lesie ale blisko jego skraju, w samym centrum wsi przy głównej drodze. Leżał biedny piesek, jakby potrącony. Podszedliśmy więc spokojnie, sprawdzić co się z nim dzieje. Okazało się, że piesek ma około 2-3miesięcy, był wyczerpany i głodny. Miał kilka kleszczy i widoczną chorobę skóry, przypominającą świerzb albo jakiś grzyb. Mimo to, zachowywał się bardzo spokojnie. Nie gryzł i był bardzo ufny. W tym samym czasie zatrzymał się koło nas samochód. Kierowcą był młody człowiek, natomiast pasażerką dziewczyna. Państwo zakupiło kilka kiełbasek i upewniwszy się, że problem może sam się rozwiąże, odjechało. Użytkownicy auta, jak mi oznajmili pochodzili z Poznania.
Chwilę się zastanawiałem i postanowiłem wraz z moją dziewczyną pieska zabrać na pobliskie podwórko. Bardzo długo próbowaliśmy wymyślić co z pieskiem począć. Podjęliśmy trudną decyzje, że wobec braku możliwości zakwaterowania zwierzęcia, musimy mu pomóc w inny sposób. Zabraliśmy pieska do schroniska w Olsztynie. Nie podobał nam się ten pomysł, ale był jak najbardziej rozsądny. Przed schroniskiem czekaliśmy na personel kilkadziesiąt minut.
Panowie wzięli pieska do środka a nam pozostało jedynie powątpiewanie co z nim będzie dalej.
Na drugi dzień, z rana powróciliśmy do schroniska z zakupami, gdyż chcieliśmy dowiedzieć się o zdrowie "naszego" pieska i wspomóc troszkę podopiecznych karmą. Nie mogliśmy jednak go zobaczyć, albowiem był już na kwarantannie. Zaproponowano nam, abyśmy pobawili się ze szczeniakami i kociętami.
Wizyta w schronisku dla zwierząt w Olsztynie, była dla nas pozytywnym przeżyciem. Jest tam czysto, a nad poprawną organizacją pracy w przytulisku pracuje kilkunastoosobowa grupa wolontariuszy. Każdy kto ma ochotę, może tam przyjść i pomóc w jakikolwiek sposób. Jest to dobry sposób dla ludzi zamkniętych w sobie, potrzebujących kontaktu. Pies czy kot, mogą ośmielić do otwarcia się na społeczeństwo.
Co wynika z tej historii? Wiejskie zwierzęta nie są dobrze traktowane. Budy dla psów są zdewastowane i niewarte zamieszkania. Łańcuchy nie pozwalają czworonogom poruszać się. Nikt z miejscowych nie pofatygował się aby pomóc pieskowi. Nad jego przyszłością wisiała naprawdę czarna chmura. Jedynie ludzie z miasta, z Poznania a w moim przypadku z Trójmiasta, zainteresowali się cierpieniem zwierzęcia.
Poprawa traktowania zwierząt leży w edukacji, w większym zainteresowaniu się sprawami wsi. Kiedy przenosiłem psa do samochodu cała wieś patrzyła się na wariata, który chcę pomóc jakiemuś "no name". A ja pomyślałem, że im pokażę, że nie jestem taki jak oni. Jest mi trudno samemu, ale mogę pomóc w różny sposób. Nie koniecznie muszę przyjąć do domu czworonoga, ale mogę go zawieść do schroniska (może piesek się zagubił; szybko należy się dowiedzieć gdzie jest najbliższe schronisko dzwoniąc np. na policję), przetrzymać trochę czasu w domu, do czasu adopcji przez nowego właściciela. Wiele jest rozwiązań tylko trzeba dać przykład i chcieć pomóc. Piesek czuje się dobrze i czeka na właściciela. Po kwarantannie będzie zdrowy, zaszczepiony i wykastrowany. Jeżeli ktoś ma ochotę go przyjąć to wystarczy dać mu trochę miłości i odpowiednie warunki, a na początku oczywiście podać jego schroniskowy numer: 285 kw.

czwartek, 16 lipca 2009

Eko-iluzja

Przed kilkoma dniami w Węgorzewie na Mazurach, miał miejsce "Eko Union of Rock Festiwal". Po tej krótkiej zapowiedzi równie szybka zagadka: co to za nazwa, z czym się może kojarzyć? Wszelkie pomysły wydają się złudne. Aby bardziej rozjaśnić tę łamigłówkę rozbierzmy tę nazwę na części wtórne. Otóż, "Eko", pewnie oznacza "ekologię", a "Union of Rock Festiwal", odnosi się chyba do różnego rodzaju muzyki cięższej, której reprezentanci prezentowali się na scenie.
Co to za połączenie, kto je wymyślił? Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Poszczególne części struktury tego hasła są ze sobą w ogóle niespójne, nawet nadinterpretacja wydaje się mało celowa.
Nieważne kto ten slogan wymyślił, ważniejsze, jest to co ma nieść za sobą praktycznego. Na stronie festiwalu czytamy takie oto słowa: "Mazury to jeden z kandydatów do miana światowego cudu natury plebiscytu fundacji New7Wonders. O ten tytuł walczy m.in. z Amazonką, górą Fuji i Wielkim Kanionem Kolorado. Czy tak się stanie?". Jest to wyraz bezpośredniego zaangażowania się w ochronę środowiska przez organizatorów EUoRF. Czy rzeczywiście tak jest?
Rozpocznijmy od artystów występujących na scenie. Okazuje się, że spośród tylu gwiazd muzyki rockowej i nie tylko, w zasadzie chyba jedna artystka odważyła się na konkretny komentarz jeśli chodzi o ochronę środowiska. Renata Przemyk, skierowała swoje poetyckie spojrzenie w stronę namiotu organizacji WWF i przemówiła do serc wszystkich dbających o ekologię. Reszta wykonawców nie pofatygowała się nawet o chwilę refleksji nad słowem "Eko" w nazwie festiwalu. Dowodem dla tych słów, niech będzie postawa Artura Rojka, który został zapytany, czy jest jakiś związek pomiędzy jego występem w Węgorzewie a ideą EUoRF. Artysta Myslovitz chwilę pomyślał i odpowiedział pytaniem, mniej więcej w ten oto sposób: czy ten kubek stojący tutaj na stole jest ekologiczny? Riposta była cięta ale i sprawiedliwa. Choć pewnie nawet Rojek nie wiedział, że festiwal ma w swojej nazwie słowo "Eko", gdyż, jak wiadomo po rocznej przerwie Myslovitz musi podreperować budżet jak największą liczbą koncertów (taka mini fabryczka koncertowa), powiedział właśnie coś co skłoniło do myślenia.
Wykonawcy w ogóle nie mieli pojęcia gdzie są. Wożeni od sceny do sceny, nie nadążyli chyba z pojmowaniem priorytetów festiwalowych EUoRF. Czy jest to ich wina? Nie. Jest to zasługa wyłącznie organizatorów, którzy powinni za pośrednictwem wykonawców przekazywać wartości zdrowego współżycia z przyrodą.
Innym punktem złamania idei widniejącej w nazwie, były wszechobecne plastikowe kubki po piwie walające się na scenie festiwalu i na polu namiotowym. Panowie konferansjerzy, w ogóle nie zwracali uwagi na ten problem i na inne kwestie natury ekologicznej, czasami tylko z grzeczności wskazywali na namiot WWF. Nie widać było zaangażowania żadnych, oprócz WWF towarzystw o proweniencji ekologicznej. Po za tym, nawet członkowie WWF oprócz organizacji symbolicznych konkursów, siedzieli przez większość czasu w swoim namiocie i po prostu się nudzili. Nie było żadnych kwest na rzecz poprawy środowiska i aktywności stowarzyszeń pro ekologicznych. Na stoiskach sprzedawano piwo i niezdrową smażoną kiełbasę, watę cukrową i słodkie gofry.
Słowo "Eko" w nazwie festiwalu, to fikcja i nic konkretnego nie niesie za sobą. Z pozytywów festiwalowych można wymienić dobry repertuar zagranicznych gwiazd no i oczywiście codzienną porcje doskonałej i darmowej zupy, oczywiście w plastikowych kubkach.
Podsumować EUoRF, nie można inaczej niż w ten sposób, że pomysłodawcy wykreowali fajną i modną nazwę, która wyłącznie gryzie się z rzeczywistością festiwalową.