O tym, że oszukują dystrybutorzy filmowi, mogłem się przekonać po raz kolejny po obejrzeniu filmu "Do czech razy sztuka".
Jak się okazuje cała reklama firmująca film jest fałszywa. Każdy mieszkaniec tego kraju, ma doskonałą świadomość, iż w Polsce panuje zasada, że przetłumaczony tytuł nie ma nic wspólnego z treścią. Tytuł ma być przyjemny, ma łatwo kojarzyć się, ma być po prostu zwykłą marketingową komerchą. Dystrybutorzy nie mają odwagi aby wprowadzić tytuł oryginalny, gdyż ten może pozostać niezauważony. Dlatego też, tworzą nowe tytułu, które są po prostu głupie, lecz dostrzegalne. Następnie, wokół tytułów tworzy się otoczkę, która uzupełnia resztę reklamy. Otoczka, oczywiście również nie jest adekwatna do treści filmu.
Potencjalny widz filmu "Do czech razy sztuka", oglądając reklamy w telewizji, pójdzie do kina myśląc, że będzie to kolejne dobre dzieło made in cech rebublic. Jak będzie, to już jest kwestia gustu. Filmów Zelenki nie trzeba reklamować, nie ma potrzeby mówić, że pochodzą z Czech.
Chodzi jednak o co innego. Reklama mówi wprost, że bohaterem filmu jest pewien Pan, który będzie miał bliższe związki z kilkoma kobietami. Dla każdej kobiety jest przypisany numer. Przy czwartym, jest znak zapytania, który pokazuje, że może "nie do trzech" a "do czterech razy sztuka".
Po pierwsze, główny bohater wcale nie szuka miłości i nie traktuje jej na pewno przysłowiowo "do trzech razy sztuka". Bohater filmu to najzwyklejszy rozpustnik, i taki też jest tytuł oryginalny z języka czeskiego. Nie poszukuje miłości a kobiety w jego życiu pojawiają się jakby przypadkiem. Przy tym ostrzegam, to nie jest komedia a filozoficzna opowieść o człowieku, który się "wypalił' i nie szuka bynajmniej sensu w życiu. Błąka się po mieście w poszukiwaniu właśnie jakiegoś przypadku, który mógłby coś zmienić, ale sam nie jest w stanie zrobić.
Po drugie, pod czwartym numerem w reklamie, są przedstawione bodajże trzy kobiety. Prawda jest taka, że te kobiety są tylko w jednej scenie filmu i główny bohater nie ma nic z nimi wspólnego.
Nie jest przypadkiem, że taka reklama mogła ujrzeć światło dzienne. Film rzeczywiście nie powala. Widocznie, ktoś postanowił zaryzykować i wpuścić go do kin, robiąc uprzednio potencjalnych widzów "w konia".
Jak się okazuje cała reklama firmująca film jest fałszywa. Każdy mieszkaniec tego kraju, ma doskonałą świadomość, iż w Polsce panuje zasada, że przetłumaczony tytuł nie ma nic wspólnego z treścią. Tytuł ma być przyjemny, ma łatwo kojarzyć się, ma być po prostu zwykłą marketingową komerchą. Dystrybutorzy nie mają odwagi aby wprowadzić tytuł oryginalny, gdyż ten może pozostać niezauważony. Dlatego też, tworzą nowe tytułu, które są po prostu głupie, lecz dostrzegalne. Następnie, wokół tytułów tworzy się otoczkę, która uzupełnia resztę reklamy. Otoczka, oczywiście również nie jest adekwatna do treści filmu.
Potencjalny widz filmu "Do czech razy sztuka", oglądając reklamy w telewizji, pójdzie do kina myśląc, że będzie to kolejne dobre dzieło made in cech rebublic. Jak będzie, to już jest kwestia gustu. Filmów Zelenki nie trzeba reklamować, nie ma potrzeby mówić, że pochodzą z Czech.
Chodzi jednak o co innego. Reklama mówi wprost, że bohaterem filmu jest pewien Pan, który będzie miał bliższe związki z kilkoma kobietami. Dla każdej kobiety jest przypisany numer. Przy czwartym, jest znak zapytania, który pokazuje, że może "nie do trzech" a "do czterech razy sztuka".
Po pierwsze, główny bohater wcale nie szuka miłości i nie traktuje jej na pewno przysłowiowo "do trzech razy sztuka". Bohater filmu to najzwyklejszy rozpustnik, i taki też jest tytuł oryginalny z języka czeskiego. Nie poszukuje miłości a kobiety w jego życiu pojawiają się jakby przypadkiem. Przy tym ostrzegam, to nie jest komedia a filozoficzna opowieść o człowieku, który się "wypalił' i nie szuka bynajmniej sensu w życiu. Błąka się po mieście w poszukiwaniu właśnie jakiegoś przypadku, który mógłby coś zmienić, ale sam nie jest w stanie zrobić.
Po drugie, pod czwartym numerem w reklamie, są przedstawione bodajże trzy kobiety. Prawda jest taka, że te kobiety są tylko w jednej scenie filmu i główny bohater nie ma nic z nimi wspólnego.
Nie jest przypadkiem, że taka reklama mogła ujrzeć światło dzienne. Film rzeczywiście nie powala. Widocznie, ktoś postanowił zaryzykować i wpuścić go do kin, robiąc uprzednio potencjalnych widzów "w konia".
