poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Wokół "Złotych żniw" Grossa

Wydawałoby się, że historia II wojny światowej jest zamknięta, przynajmniej na osi prześladowcy-prześladowani. Niemcy to Ci, którzy byli oprawcami, zaś Polacy, w tym szczególnie żydzi (piszę z małej litery ze względu na obywatelstwo polskie) - prześladowanymi. Historia otwiera i te zamknięte drzwi. Wielu Polaków nie może uwierzyć, że ich przodkowie pomagali nazistom w zbrodniach i ludobójstwie. Inni minimalizują współpracę Polaków do bandyckich incydentów. Co do faktu grabienia mienia żydowskiego przez mieszkańców polskich wsi i miasteczek oraz mordów żydowskich rodzin przez Polaków nie ma wątpliwości. O wiele ważniejszym jest postawienie pytania o liczby. Znane są liczby zgładzonych żydów w obozach śmierci, mało znany jest w tym udział Polaków.
Nowa książka Tomasza Grossa "Złote żniwa" jest esejem historycznym, ukazującym korzyści płynące z zagłady żydów, korzyści, których beneficjentami byli mieszkańcy przyobozowych wsi i miasteczek. Ale nie tylko. Gross nie omija pazernych sąsiadów, którzy często wyprzedzali nazistów w swoich zbrodniach. Inspiracją do napisania książki było zdjęcie przedstawiające grupę ludzi z łopatami i kilku mundurowych. Wokół aktorów tego ciepłego dnia można zobaczyć rozkopane pole śmierci. Nie wiadomo "co" i "kogo" do końca przedstawia zdjęcie. Gross uważa, że są to "kopacze", poszukujący złotych zębów i innych kosztowności po zgładzonych ludziach. Zdaniem innych, czarno-biała fotka przedstawia prace porządkowe. Mnie osobiście zastanawia fakt, dlaczego żołnierze posiadają broń, a przed ludźmi porozrzucane są kości? Cy tak wyglądają porządki? Mundurowi pilnują tych co porządkują, współpracują z nimi, ochraniają ich? Może jednak ludzie Ci zostali złapani na gorącym uczynku? Dlaczego, więc robią sobie zdjęcia?
Gross na szczęście nie pisze swojej pracy w oparciu o zdjęcie, jest ono inspiracją, tak czy siak, dowodem jakiejś strasznej zbrodni. Zdjęcie dla Grossa stanowi podstawę do narracji.
Autor "Złotych żniw" nie unika faktu, że pisze już o rzeczach znanych. Żadna jednak książka nie odważyła się uderzyć w tak czuły punkt i podjąć próby ukazania zbrodni hitlerowskim w innym świetle - niektórzy niepoprawnie powiedzą - antypolskim. Okazuje się nagle, że światopogląd Polaków ulega zburzeniu - z zagłady żydów korzystali Polacy. Gross posługuje się głównie publikacjami i wspomnieniami. Na ich podstawie buduje jednak zbyt ryzykowne uogólnienia. Zapomina czasami, że posługuje się środkami eseistycznymi, że materiał historyczny jest zbyt skąpy, aby stawiać uogólniające wnioski. Jednak coś jest niepokojącego w rozważaniach Grossa, coś nie daje spokoju sumieniu. Tym czymś jest pytanie, o to, gdzie był Kościół katolicki, o zgodę Polaków i bierność w stosunku do zagłady, o tych, którzy przewijają się we wspomnieniach, jako Ci, którzy zarabiali na nieświadomych i stłoczonych w wagonach żydach, sprzedając im w kolejce do "gazu" kubek wody za ostatki dobytku. Co się stało w świadomości Polaków, którzy traktowali żyjących jeszcze żydów, jak towar. Jak to się stało, że machina hitlerowska zdołała zabić tylu żydów w tak krótkim czasie?
Nikt oprócz Grossa nie powiedział dotychczas wprost: rozliczmy polskie zbrodnie na żydach. Choć nie jest autor "Złotych żniw" zawodowym historykiem, nikt nie może odebrać mu prawa do pisania książek o tematyce historycznej. Łatwo jest szufladkować, ten historyk a tamten socjolog, historyk ma prawo formułować opinie historyczne a socjolog - nie. Nic bardziej mylnego. Historycy korzystają z badań socjologicznych i odwrotnie. Nic w tym dziwnego. Książka Grossa jest w zasadzie studium na pograniczu historyczno - socjologiczno - psychologicznym.
Można spierać się, czy Gross jest jednostronny? Ja nie rozumiem zbyt na czym ta jednostronność polega. Na skąpym materiale źródłowym, na tym, że nie pisze o Polakach, którzy ratowali żydów albo, że w sposób jednoznaczny wskazuje na zbrodnie dokonane przez Polaków?
Książka ma duże znaczenie w rozliczaniu wojny i udowadnianiu sobie, że nikt nie jest święty. Tekst profesora powinien posłużyć dalszym inspiracjom w kierunku badań nad trudnymi zagadnieniami stosunków polsko-żydowskich. Jeżeli Gross się myli - to odkrywaniu jak było naprawdę.

sobota, 16 kwietnia 2011

Tabliczka czekoladki w Katyniu, może komuś ułamać?

Tablica katyńska stała się kolejną przeszkodą w zespoleniu narodu. Można mieć żal do polityków PiS, którzy starają się jak mogą wkładać kij w mrowisko. Po co było dodawać na tablicy teksty, które nie mają związku z katastrofą. Przestańmy traktować ofiary tu-154, jak męczenników! Przestańmy kreować sztucznych bohaterów narodowych. Owszem, śmierć tak wielu ludzi i przede wszystkim dobrych Polaków porusza serca wszystkich ludzi. Skończmy jednak z tym żałosnym przedstawieniem. Jak tak dalej będzie, to 10 kwietnia stanie się świętem narodowym i dniem wolnym od pracy. PiS nie chce prawdy, gdyż już ją ma. Wydaje mi się, że energia, która jest poświęcana sprawie katastrofy jest marnotrawiona. Zagłada katyńska jest ważna z punktu świadomości narodowej. Mamy jednak inne czasy, w których Polska nic nie zyska, gdy będzie się zbyt stawiać z historycznymi zaszłościami. Sprawa katyńska jest zbrodnią - ludobójstwem na ziemi rosyjskiej dokonaną przez Rosjan. Nie ma co zaprzeczać, gdyż każdy Polak o tym wie i to należy cały czas podtrzymywać. Odtajnianie akt związanych ze zbrodnią jeszcze potrwa i nic nie wymusi na Kremlu odsłonięcia tej tajemnicy. Oczywiście należy zabiegać o odtajnienie, ale nie z pasją maniaka. Sprawa katyńska nie może być celem samym w sobie w polityce z Rosją! A niestety tak jest...