sobota, 10 października 2009

Polska znów grała na World Class i przegrała. Co łączy reprezentację z grą Fifa 10?

No niestety, Polska znowu przegrała mecz ostatniej szansy. Już wiadomo, że nie zobaczymy ani Obraniaka, ani innego Ludovica, Olisadebe, czy Guerrerowicza. Marzenia spaliły się na panewce. Okazało się, że nasza grupa to grupa śmierci, a czarnym koniem stali się Słowianie, tylko szkoda, że nie zachodni.
W następnym roku nie będziemy grać już o stawkę i Polacy aby się pobudować, powinni zagrać na początku mecze z San Marino, Luksemburgiem, Liechtensteinem i Andorą. Jak wiadomo, te cztery państwa z pewnością wzmocnią swoje reprezentacje i podobnie, jak Słowacja i Słowenia staną się już niedługo potęgami w piłce nożnej. Polacy, natomiast będą się chełpić, że pokonali przyszłych mistrzów.
Aby nie zaliczyć wpadki i nie przegrać z przyszłymi mistrzami, trener Majewski musi ustawić odpowiedni poziom trudności, bo z poziomu taktyki to oblał w Cracovii.
Najlepszym wyjściem, będzie ustawienie poziomu World Class (klasa światowa) z San Marino, zobaczyć jak pójdzie i przestawić w miarę możliwości poziom trudności. Powiedzmy, że jak wygramy z "tygrysami Alp" 12:0, to możemy zagrać na Professional (profesjonalista) z Luksemburgiem i Liechtensteinem. I jeżeli wygramy, to Majewski powinien zaryzykować World Class z Andorą. Dzięki takim zabiegom, będziemy doskonale przygotowani do Mistrzostw Europy.
Sekretem prowadzenia reprezentacji jest odpowiednie dopasowanie poziomu trudności do przeciwnika. Dzięki tej prostej zasadzie, już na poziomie Amator, Polacy mogą być równym przeciwnikiem dla samej Anglii.
Panie trenerze Majewski, proszę sobie kupić nową grę Fifę 10 i troszkę potrenować zmianę poziomu trudności, bo tylko podnoszenie poziomu trudności przeciwnika daje pozytywne efekty. Beenhakker chciał zrobić wszystko od razu i rzucił Polaków na World Class, nie wiedząc, że w Holandii nie ma problemu z ustawieniem poziomu gry przeciwnika, bo tam wszyscy grają na World Class. W lewym górnym rogu, podaję przepis na zmianę poziomu gry przeciwnika. Jego zaletą jest to, że nie trzeba czytać, ustawić i grać.

sobota, 3 października 2009

Reklamy w kinie- nowe źródło reklamowej depresji

Kiedy wybieramy się do kina, mamy nadzieję oglądnąć film, to oczywisty i niezaprzeczalny fakt. Tradycyjnie, zawsze przed seansem zasiadamy na swoich miejscach i oczekujemy dobrej rozrywki, a większość widzów również czeka na reklamy nowych produkcji filmowych. Do takich widzów, również ja należę. Nie ukrywam, że niektóre reklamy zachęcają do kupienia biletu na seans kinowy. Niestety, moje oczekiwania co do reklam filmowych zostały nieco zachwiane. Długo oczekiwany nowy film Pedro Almodovara, został okraszony blisko tuzinem reklam...
Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie były to reklamy telewizyjne. Wybierając się do kina, na srebrnym ekranie zamiast reklam filmów, zobaczymy reklamy, które godzinami i tysiącami serwują stacje telewizyjne. Mówiąc bardzo grzecznie i oględnie, nie dość, że jesteśmy ofiarami kapitalizmu, stajemy się tak naprawdę ofiarami wszechwładnej dominacji reklam w kulturze. W sferze, która powinna zachować resztki godności, gdzie reklama nie powinna nas już nękać.
Przed oczekiwanym seansem w Multikinie, zamiast reklam filmów oglądałem kilkanaście reklam środków przeciwbólowych i leków, które mają chronić nas przed nadchodzącymi chorobami.
Z litości nad widzem, sieć kinowa pokazała na końcu cyklu reklamowego, jedną reklamę filmu, której oczywiście już nie pamiętam.