sobota, 29 sierpnia 2009

Dygresje na temat wizyty Putina na Westerplatte

Już niedługo, bo 1 września na Westerplatte zagości premier FR Wladimir Putin. W czasie tej wizyty mówi się coraz wyraźniej o kwestii poruszenia przez Donalda Tuska, sprawy odpowiedzialności radzieckiej w Katyniu. Wydaję się, że sam Tusk nie zaprzecza tym doniesieniom.
Tusk, z wykształcenia historyk, powinien dobrze wiedzieć, że historii i polityki zagranicznej nie można mieszać. Sprawa Katynia i innych zbrodni jest ważna ale nie można ulegać różnego rodzaju lobbystom, starającym się pokrzyżować plany rosyjsko-polskiego zbliżenia, tym bardziej, że z biegiem czasu będziemy coraz bardziej uzależnieni od Rosji. Jest to widoczne chociażby w sferze energetycznej.
W tej sytuacji nie należy drażnić rosyjskiego niedźwiedzia i nie sugerować rewizji historycznej sprawy katyńskiej. Nie jest to miejsce ani czas na podejmowanie takich decyzji opierających się o drugoplanową realizację. Świadomość historyczna jest procesem i zależy od polityki państwa. Nic nie poradzimy, że Rosjanie nie mają zamiaru przyjąć naszej wersji zdarzeń. Chociażby sam Putin zmienił zdanie i nagle puknął się w głowę, zrozumiawszy, że całe półwiecze rosyjskiej nauki historycznej było w błędzie, to jak przekonać do tego resztę 140 milionowego społeczeństwa.
Jedyną możliwością zmiany stanu rzeczy jest długofalowa współpraca polsko-rosyjska i to na różnych szczeblach, nie tylko historii wzajemnych stosunków na przestrzeni ubiegłego wieku.
Również z naszej strony, czyli Polaków, nie jest priorytetem aby poruszać kwestię katyńską. Siła, którą straci Polska w celu przekazania prawdy historycznej Rosjanom i to z wątpliwym skutkiem, powinna być raczej wykorzystana do budowy pokojowych relacji gospodarczych z FR. Na tym etapie utopijna wizja przekonania Rosjan do polskiego punktu widzenia w sprawie katyńskiej, ma zerowe szanse na powodzenie. Jedynym skutkiem upierania się przy prawdzie historycznej będzie pogorszenie się stosunków rosyjsko-polskich. I co z tego, że zachowamy honor, jak za gaz przyjdzie na płacić drożej.
Apeluję do premiera, aby nie drażnił niedźwiedzia, bo lepiej dzielić z nim wspólnie pieczarę niż próbować upolować go patykiem.

środa, 26 sierpnia 2009

Wszystkiemu winne tajne protokoły?

Echa rosyjskiego filmu Sekrety Tajnych Protokołów nie milkną. Rozgorzała wielka awantura, o to, że film zmienia historię przyczyn II Wojny Światowej. Polacy zarzucają reżyserowi, że ten wskazał na pewne tajne protokoły, które miały być zawarte pomiędzy Niemcami a Polską, przy okazji zawarcia paktu o nieagresji w 1934 r. To miało być przyczyną niepokojów Związku Radzieckiego a zarazem jedną z przyczyn nieufności Stalina wobec Polski.
Strona rosyjska, przez usta MSZ Ławrowa, twierdzi, że niesłusznie obarcza się Rosję za jednego z winowajców rozpoczęcia II Wojny Światowej. Dlatego rewelacje w filmie mają charakter nieco emocjonalny i propagandowy. To jest całkowicie zrozumiałe. W całym tym galimatiasie należy się zastanowić, jak 45 min. film mógł zrobić taką furorę, w jaki sposób stał się tak popularny? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w innych intrygujących pytaniach, które przychodzą do głowy ad hoc. Może komuś zależy na popsuciu stosunków rosyjsko-polskich, które i tak nie należą do najlepszych? Może Putin szuka wymówki aby się wykręcić z wizyty na Westerplatte? Nie wiem.
Po obejrzeniu dokumentu dochodzi się do wniosku, że przedstawia powody wybuchu wojny. Są to te same przyczyny, które odnajdziemy w podręcznikach do liceum. W pewnym momencie pojawia się wątek już sławnych tajnych protokołów. Następnie film ukazuje kolejne przyczyny wybuchu wojny. Szczerze mówiąc, ta kwestia tajnych protokołów w filmie zajmuje niewiele miejsca i raczej nie ma przełożenia na całościowy efekt filmu. Bardziej uderzający jest fakt, że reżyser nie stwierdza, dlaczego 17 września Armia Czerwona przekroczyła granicę polsko-radziecką? Lektor wskazuje tylko na wydarzenie, lecz już nie komentuje.
Nie wiem skąd ta awantura. Dokument wcale nie zmienia historii ale ją bardziej spłyca, powodując zmniejszenie winy Związku Radzieckiego za wybuch II Wojny Światowej. Winą obarcza reżyser, właśnie tajne porozumienia, które podobnie, jak przed I Wojną Światową, nie uchroniły Europy i Świata od przelewu krwi.
Moim komentarzem do tego niech będzie to, że rzeczywiście ZSRR ponosi taką samą winę za wybuch wojny co Anglia i Francja, a nawet mniejszą od tamtych, bo było dyskryminowane w stosunkach międzynarodowych. Ale agresja na Polskę nie zwalnia od odpowiedzialność za złamanie polsko-radzieckiego paktu o nieagresji. Związek Radziecki wykorzystał fakt napaści Niemiec na Polskę i sam zaatakował- to było politycznie korzystne dla Stalina.
Poniżej link do filmu:

http://vision.rambler.ru/users/rutv.ru/1/742/

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Brudnych nie bada, bo uważa, że się nie myją


Dr Stanisław Pilecki, nie jest pierwszym i ostatnim, który złamał szpitalne tabu na temat czystości pacjentów. Lekarz ceremonialnie ostrzega swoich podopiecznych, że jak przyjdą brudni, to będą musieli wrócić do swoich domów i przyjść z powrotem, ale już umyci.
Pan doktor z bydgoskiego szpitala pomylił zawód. Jak chciał pracować z ludźmi czystymi powinien wyjechać do Lozanny, bo podobno w Szwajcarii ludzie dużo zarabiają i na pewno się myją.
Pilecki zapomina, że zawód lekarza jest służbą a nie biznesem. Wyobraźmy sobie, że policjant nie chce pomóc okradzionemu człowiekowi, bo ten się nie ogolił. Albo nauczyciel odmawia uczenia dziecka, które ma brudne uszy albo przysłowiowego gila w nosie. Strażak nie chce zgasić palącego się domu ponieważ czeka, aż domownicy posprzątają. Po prostu DEGENERACJA w pełnym wydaniu.
Nie może być tak aby lekarz nie chciał zbadać pacjenta, gdyż ten jest brudny. Nikt specjalnie nie przychodzi do gabinetu z powodu umyślnej chęci upokorzenia szanownego Pana doktora. Takie zachowanie tylko buduje brak zaufania do szpitali i lekarzy w Polsce. Pan doktor z bydgoskiego szpitala widocznie mieszka w ładnym domku, ogrodzonym szczelnie od brudnego pospólstwa. Pan Pilecki widocznie, nie rozumie, że pacjenci często nie mają możliwości aby się dokładnie umyć. Sytuacja w wielu mieszkaniach jest tragiczna. Są całe ulice w wielu miastach, gdzie nie ma ciepłej wody ani miejsca do kąpieli. Przyczyn nieczystości jest wiele i nie można poniżać człowieka za to, że odważył się przyjść do lekarza.

środa, 19 sierpnia 2009

Teraz bracie, to tylko na około....

Myślałem, ze czasy godzin policyjnych należą do zaszłości, przynajmniej w Polsce. Chociaż mamy XXI wiek i co by nie mówić demokrację, to rzeczywistość wydaje się być jednak brutalna. Od kilku miesięcy na Uniwersytecie Gdańskim, mówiło się o zamknięciu przejścia podziemnego w godzinach nocnych, łączącego ul. Macierzy Szkolnej z terenem UG. Mimo, że postawiono kosztowne bramki, które zdążyły pokryć się warstewką rdzy, nikt bramy nie zamykał.
Wszystko się może zmienić, gdyż widocznie Uniwersytet Gdański przygotowuje zwyczajnych pieszych do zmian. Co powiedzą jednak studenci na początku października, jak tylko zorientują się, że aby z akademików na popularnych Polankach, dostać się po przysłowiowego "Maca" lub po piwo na stację BP, muszą obejść cały teren Uniwersytetu? Odpowiedź nasuwa się sama. Będą głodni, bez piwa to nie będą chcieli nawet mieszkać w akademiku...
Mówiąc już bardziej poważnie, uniwersytet wydał sporo pieniędzy na ogrodzenie. Z punktu widzenia dotychczasowej polityki nonsensów, jaką prowadzi UG nie musi to wcale dziwić. Przecież ważne jest bezpieczeństwo. Ważniejsze niż całodobowa biblioteka lub czytelnia, boisko uniwersyteckie, czy basen, nie mówiąc już o stypendiach.
Nie czepiajmy się płotu, jako elementu krajobrazu przy Wita Stwosza, bo wygląda całkiem ładnie. Uzasadnione pretensje rodzą się, gdy chcemy zapytać: czy budowa płotu była w ogóle potrzebna? Bo przed płotem było równie pięknie jak i po jego postawieniu. A więc nie chodzi chyba o estetykę...
Dlaczego w takim wypadku uniwersytet zabezpiecza się zamkniętą bramą po 22 godzinie? Powiedzmy szczerze, przecież i tak nie ma co tam ukraść. Jedyną zdewastowaną rzeczą w tej okolicy jest tunel, od którego uniwersytet i tak się odgradza.
Darzę UG wielkim szacunkiem, albowiem jest moją uczelnią. Tym bardziej ból ściska serce, gdy za każdym razem przed wejściem i po wyjściu z tunelu, niebieska tablica ostrzegawcza będzie przypominała jakiś obóz, muzeum, a może i nawet skansen.
Zamykanie przejścia jest bynajmniej nie na miejscu. Dumna historia gdańskiej solidarności głosi, że mury runą, runą, runą... Zamiast otwierać się na studentów, UG zamyka się w kosztownej koronie z żelaza.

wtorek, 11 sierpnia 2009

NFZ- Narodowy Fundusz Zbrodni

Wielu ludzi cierpi na ciężkie choroby, których leczenia nie chcą się podjąć szpitale. Niedawno na łamach Dziennika, chora na chorobę Crohna Edyta Pawlik, skarżyła się na NFZ. Mimo poważnej choroby, Edyta nie może doczekać się leczenia, gdyż jak mówi pewien lekarz "u nas pacjent musi wyć z bólu, pójść na zwolnienie lub rentę, zanim dostane pomoc".
Otóż te słowa są brednią, kłamstwem w żywe oczy, nieprawdą a bynajmniej tylko pobożnym życzeniem. Okazuje się, że renta nie jest wcale pewną przepustką do szpitala. Przypadek Pana Kazimierza, który trafił niedawno do szpitala w Sztumie, potwierdza tę zasadę.
Na podstawie przeżyć pacjenta można napisać komedię pomyłek, ale z tragicznym zakończeniem.
Kazimierz, mieszkaniec Malborka, pewnego sierpniowego dnia miał krwawienie z przewodu pokarmowego. Pogotowie nie chciało zareagować natychmiastowo, gdyż stan pacjenta "był stabilny" a pani, która odebrała telefon kazała zadzwonić do przychodni, gdyż inaczej pacjent będzie musiał czekać na karetkę bardzo długo.
Przychodnia stwierdziła, że krwawienie z przewodu pokarmowego kwalifikuje się do natychmiastowej pomocy. Po kolejnej przeprawie z Panią z pogotowia, karetka pogotowia przyjechała natychmiastowo i zabrała Pana Kazimierza.
Jak się następnie okazało, chory został od razu przewieziony do szpitala w Sztumie i tam położony na oddziale chirurgicznym. Lekarze zdiagnozowali marskość wątroby i przekonywali aby przenieść chorego na oddział wewnętrzny. Na dobrych chęciach się skończyło. Pan ordynator oddziału wewnętrznego, stwierdził, że chory nie wymaga leczenia na jego oddziale i nalegał na dalsze leczenie na oddziale chirurgii. Był nieprzyjemny i nie chciał w ogóle rozmawiać o stanie zdrowia chorego z rodziną. Stwierdził, że ma tylko 20 łóżek dla własnych pacjentów ze Sztumu. Pana Kazimierza po kilku dniach wypuszczono ze szpitala, bo lekarze uznali, że teraz pacjent wymaga opieki w domu. Chociaż chory, nie mógł chodzić o własnych siłach, jego brzuch przypominał piłkę, która zaraz pęknie, szpital nie chciał przewieźć karetką Pana Kazimierza do Malborka. Na domiar złego, lekarz na chirurgi nie miał chęci, wypisać żadnego skierowania na oddział wewnętrzny w Malborku. Sprawiał wrażenie bezradnego. Ostatecznie, pacjent był zdany tylko na pomoc swojej rodziny i na autobus miejski.
Po kilku dniach Pan Kazimierz osłabł na ulicy i w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala, ale już na wydział wewnętrzny w Malborku. Tak wygląda w Polsce '"stan stabilny".
Do tego, co mówiła Pani lekarz w cytacie, należałoby zmienić kilka słów i w imię sprawiedliwości społecznej powiedzieć, że aby dostać potrzebną pomoc trzeba zasłabnąć na ulicy, ale uważać aby nie umrzeć.