niedziela, 26 lipca 2009

Konstytucja RP: małżeństwo- nie dla homoseksualistów

Polacy mają wiele zastrzeżeń do związków homoseksualnych, a w szczególności jeżeli chodzi o związki małżeńskie (czyt. cywilne). Do pewnego czasu sam miałem dziwne uczucie lęku, że zgadzam się na takie związki ale coś mną jednak wstrząsało i nie pozwalało do końca dać przyzwolenia. Takie poczucie lęku towarzyszy zawsze, gdy mamy poważny dylemat, którego rozwiązanie może udowodnić własną ignorancję i niechęć do jakiegoś zjawiska. Zgadzam się na coś, ale tak nie do końca. Toleruję, ale bez zastanowienia, bo jeszcze się zniechęcę.
Związki małżeńskie na całym świecie są tak ważnym budulcem społecznym, że ich odpowiedni zapis jest zawarty w ustawach zasadniczych chyba wszystkich państw. Podobnie jest i w Polsce.
Przechodząc do sedna, właśnie homoseksualistów w Polsce blokuje ta sama konstytucja, która powinna zapewniać prawo do małżeństwa każdej osobie, bez różnicy na dobór płci (w myśl polskiej konstytucji, tylko związek kobiety i mężczyzny jest jedynym możliwym tzn. prawnym związkiem małżeńskim).
Homoseksualista niestety takiego prawa nie ma. Logicznie rzecz ujmując geje i lesbijki są pozbawieni tych praw, które posiadają osoby heteroseksualne. Jest to oczywista degeneracja i zaprzeczenie demokracji.
Powracając do moich osobistych lęków. Jeżeli chodzi o zaporę religijną i moralną, to wydają się do przejścia. Religia sama nie wie czego tak naprawdę oczekuje i wcześniej czy później, zgodzi się na ustępstwa. Wystarczy spojrzeć na USA, gdzie wiele kościołów wyznaniowych akceptuje małżeństwa homoseksualne a nawet Rzym przymyka oko na grzeszki amerykańskich katolików. Kwestią rozstrzygającą pozostaje jednak legalizacja związków w świetle prawa. Dotychczas tylko w kilku stanach USA, związki gejów i lesbijek są legalne.
Polska pozostaje jednak (w dużym domyśle) jeszcze państwem wyznaniowym, gdyż panuje tutaj wszechobecna dominacja Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Transformacja w odmiennym myśleniu o związkach małżeństw homoseksualnych, na pewno nie nastąpi bez koniecznego bólu, bo Rzym w tej kwestii pozostaje na razie nieugięty. Lecz potrzeby się zmieniają i jeżeli Kościół się nie zreformuje, nastąpią w nim pęknięcia, a jak wiadomo, największą jego siłą jest jedność.
Chodzi tu tylko o oto, że akceptacja małżeństw homoseksualnych zależy od czynnika sztucznie wykreowanego i popularyzowanego przez Kościół.
Biblia nie dla wszystkich jest nośnikiem cnót moralnych, a już na pewno nie przywiązuje się do niej tak wielkiej wagi, jeżeli chodzi o wzory moralne. Co by było, gdyby chodziło np. o małżeństwa poligamiczne? Przecież cały Stary Testament jest na tych związkach oparty. Oznacza to tym samym zgodę Kościoła na poligamię? Nie. Nie, ponieważ już jeden schemat został przez Kościół powołany do życia i Rzym z niego nie chce zrezygnować.
Moralność jest ściśle związana z religią. Jeżeli się przełamie zaporę religijną, zostanie zdobyta forteca moralna.
Pozostaje tylko schemat tzw. tradycyjnej rodziny. To mnie szczególnie niepokoiło, iż uważałem, że model rodziny jest niezachwianym wzorem wychowania dziecka. Dziecko wychowywane przez homoseksualistów będzie powielało wyuczone wzory i zaprzeczy świętościom hołubionymi przez państwo, społeczeństwo i Kościół. Inaczej mówiąc nie odnajdzie się, gdyż jego światopogląd nie będzie akceptowany przez otoczenie. Nic bardziej mylnego.
Ideał rodziny już w tej chwili jest czymś niejednozadaniowym, żeby nie powiedzieć, że nie istnieje. Tylko Polacy jakoś nie mogą tego zaakceptować. Boimy się, iż małżeństwa homoseksualne zniszczą model polskiej rodziny. W tym problem, że takiej rodziny nie ma. Polski model rodziny jest natomiast ważnym mitem, który jest wciąż utrzymywany przez biskupów.
Kościół nie może zrozumieć, że taki model zniknął wraz z końcem dominacji mężczyzn w związkach małżeńskich i emancypacją kobiet. Nie może zrozumieć, ponieważ nie che, gdyż straciłby na znaczeniu.
Kobieta może decydować, czy chce pozostać w związku małżeńskim, czy z niego rezygnuje. Coraz więcej par wybiera związki oparte na niepisanej umowie. Wiele małżeństw nie może mieć dzieci i decydują się na zapłodnienie in vitro albo zastąpienie matki.
Nie wińmy za to homoseksualistów a raczej postęp czasów. Nikt nie zmieni tego, bo tak musi już być. Tradycyjnego modelu małżeństwa nikt już nie przywróci, gdyż jednocześnie, wiąże się to z przywróceniem nierówności społecznej i dominacji mężczyzny w związku. Zmiana miejsca kobiety, spowodowała całą lawinę nowych i nieodwracalnych procesów w społeczeństwie, niebezpiecznych dla Kościoła.
Nie znaczy to jednak, że nowy model małżeństw ma mieć charakter całkowicie odizolowany od wszelkich świętości. To czy jakaś para małżeńska kultywuje wartości z punktu widzenia narodu, czy religii ważne, raczej nie zależy tylko od Kościoła. Kościół, będzie jednak utrzymywał, że Polska i katolicyzm mają wspólne korzenie historyczne. Problem w tym, że właśnie tylko "historyczne"...
Już się nie lękam i rozumiem, że coś takiego jak "tradycyjny model rodziny" nie istnieje i dlatego potrafię dopuścić w całości myśl o legalizacji małżeństw homoseksualnych.

piątek, 24 lipca 2009

Ch..., psy, sprzedajne dziwki, śmierdzący emeryci...

Krótka historia chamstwa została już dawno przedstawiona przez Waleriana Nekandę Trepkę. Znajdziemy tam wiele nazwisk osób, uchodzących w opinii XVII wiecznej społeczności szlacheckiej, za osoby uzurpujące sobie tytulaturę szlachecką. Cham, to nic innego jak osoba podszywająca się, jako szlachcic.
Czy internauta z Gorzowa miał na myśli takie wyjaśnienie terminu "chamidło" (czyt. cham)? Jeżeli rzeczywiście jest tak, że o tym myślał, to czy jest to w takim przypadku przestępstwo? Nikt w XVII w. nie skarżył Trepki o zniesławienie, czy w takim przypadku p. Wojciechowska ma takie prawo?
Radzę p. Wojciechowskiej najpierw sięgnąć do historii, a później wnosić oskarżenie do sądu.
Ponadto radna gorzowska jest niesłychanie cyniczna, skoro sama używa słów, które w opinii publicznej uchodzą za niecenzuralne, to dlaczego sama się obraża, gdy ktoś użyje tych samych słów wobec niej? To, że zajmuje wysokie stanowisko, nie oznacza, iż może mówić co jej się podoba.
Pytam się, czy sąd w takim razie nie powinien stanąć po stronie internauty Andrzejus?
Kara dla użytkownika forum jest po prostu śmieszna. W ten sposób wolność słowa została naruszona w sposób, jak najbardziej karygodny. Andrzejus określił moim zdaniem obiektywno-subiektywny sąd o p. Wojcechowskiej. Obiektywnym jest fakt, że p. Wojciechowska jest "stara", a przecież to nie jest przestępstwem. Gdy powiem: "hej, młody człowieku", czy to znaczy, że popełniam przestępstwo i w tym przypadku jakiś malec może mnie podać do sądu o zniesławienie, bo nazwałem go "młodym". Absurd. Subiektywnym natomiast sądem, jest fakt nazwania p. Wojciechowską "chamidłem". Już nie stwierdzam do czego odnosi się to słowo, przypominam jednak, że jego użycie ma charakter pejoratywny (wyj. powyżej) i ściśle historytczny. Dzisiaj nie ma ono jednoznacznego wyjaśnienia i nie wiadomo do kogo się w zasadzie odnosi. Raczej odwzorowuje uczucia piszącego, że danej osoby nie darzy się ciepłym uczuciem i nic więcej. Chamem może być p. Lepper, czy p. Kaczyński. Ale co to w zasadzie znaczy? Nic szczególnego! To jakim cudem sąd uznaje racje p. Wojciechowskiej?
Pani Wojciechowska tym samym pokazuje, że nie ma dystansu do siebie i jest zakompleksiona. Kryje się za wyrokiem sądowym i straszy kolejnych internautów. Wojciechowska nie zdaje sobie sprawy z potęgi internertu, być może, że jest już za stara.

Fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta.


sobota, 18 lipca 2009

Wiejska sielanka, ale nie dla zwierzęcia


Po powrocie z Węgorzewa, odwiedziłem jedną ze wsi na Warmii, Tylkowo. W okolicznym przepięknym lesie, rosną równie ładne grzyby. Pośród dorosłych drzew i w licznych zagajnikach można znaleźć kurki, koźlaki i podgrzybki. Czy można jeszcze coś znaleźć oprócz darów natury z lasu? Nie chodzi mi o dzika, zabłąkaną sarenkę i inne zwierzę leśnego raju.
Ja wraz z moją dziewczyną, znalazłem na przykład młodego pieska. Co prawda nie w lesie ale blisko jego skraju, w samym centrum wsi przy głównej drodze. Leżał biedny piesek, jakby potrącony. Podszedliśmy więc spokojnie, sprawdzić co się z nim dzieje. Okazało się, że piesek ma około 2-3miesięcy, był wyczerpany i głodny. Miał kilka kleszczy i widoczną chorobę skóry, przypominającą świerzb albo jakiś grzyb. Mimo to, zachowywał się bardzo spokojnie. Nie gryzł i był bardzo ufny. W tym samym czasie zatrzymał się koło nas samochód. Kierowcą był młody człowiek, natomiast pasażerką dziewczyna. Państwo zakupiło kilka kiełbasek i upewniwszy się, że problem może sam się rozwiąże, odjechało. Użytkownicy auta, jak mi oznajmili pochodzili z Poznania.
Chwilę się zastanawiałem i postanowiłem wraz z moją dziewczyną pieska zabrać na pobliskie podwórko. Bardzo długo próbowaliśmy wymyślić co z pieskiem począć. Podjęliśmy trudną decyzje, że wobec braku możliwości zakwaterowania zwierzęcia, musimy mu pomóc w inny sposób. Zabraliśmy pieska do schroniska w Olsztynie. Nie podobał nam się ten pomysł, ale był jak najbardziej rozsądny. Przed schroniskiem czekaliśmy na personel kilkadziesiąt minut.
Panowie wzięli pieska do środka a nam pozostało jedynie powątpiewanie co z nim będzie dalej.
Na drugi dzień, z rana powróciliśmy do schroniska z zakupami, gdyż chcieliśmy dowiedzieć się o zdrowie "naszego" pieska i wspomóc troszkę podopiecznych karmą. Nie mogliśmy jednak go zobaczyć, albowiem był już na kwarantannie. Zaproponowano nam, abyśmy pobawili się ze szczeniakami i kociętami.
Wizyta w schronisku dla zwierząt w Olsztynie, była dla nas pozytywnym przeżyciem. Jest tam czysto, a nad poprawną organizacją pracy w przytulisku pracuje kilkunastoosobowa grupa wolontariuszy. Każdy kto ma ochotę, może tam przyjść i pomóc w jakikolwiek sposób. Jest to dobry sposób dla ludzi zamkniętych w sobie, potrzebujących kontaktu. Pies czy kot, mogą ośmielić do otwarcia się na społeczeństwo.
Co wynika z tej historii? Wiejskie zwierzęta nie są dobrze traktowane. Budy dla psów są zdewastowane i niewarte zamieszkania. Łańcuchy nie pozwalają czworonogom poruszać się. Nikt z miejscowych nie pofatygował się aby pomóc pieskowi. Nad jego przyszłością wisiała naprawdę czarna chmura. Jedynie ludzie z miasta, z Poznania a w moim przypadku z Trójmiasta, zainteresowali się cierpieniem zwierzęcia.
Poprawa traktowania zwierząt leży w edukacji, w większym zainteresowaniu się sprawami wsi. Kiedy przenosiłem psa do samochodu cała wieś patrzyła się na wariata, który chcę pomóc jakiemuś "no name". A ja pomyślałem, że im pokażę, że nie jestem taki jak oni. Jest mi trudno samemu, ale mogę pomóc w różny sposób. Nie koniecznie muszę przyjąć do domu czworonoga, ale mogę go zawieść do schroniska (może piesek się zagubił; szybko należy się dowiedzieć gdzie jest najbliższe schronisko dzwoniąc np. na policję), przetrzymać trochę czasu w domu, do czasu adopcji przez nowego właściciela. Wiele jest rozwiązań tylko trzeba dać przykład i chcieć pomóc. Piesek czuje się dobrze i czeka na właściciela. Po kwarantannie będzie zdrowy, zaszczepiony i wykastrowany. Jeżeli ktoś ma ochotę go przyjąć to wystarczy dać mu trochę miłości i odpowiednie warunki, a na początku oczywiście podać jego schroniskowy numer: 285 kw.

czwartek, 16 lipca 2009

Eko-iluzja

Przed kilkoma dniami w Węgorzewie na Mazurach, miał miejsce "Eko Union of Rock Festiwal". Po tej krótkiej zapowiedzi równie szybka zagadka: co to za nazwa, z czym się może kojarzyć? Wszelkie pomysły wydają się złudne. Aby bardziej rozjaśnić tę łamigłówkę rozbierzmy tę nazwę na części wtórne. Otóż, "Eko", pewnie oznacza "ekologię", a "Union of Rock Festiwal", odnosi się chyba do różnego rodzaju muzyki cięższej, której reprezentanci prezentowali się na scenie.
Co to za połączenie, kto je wymyślił? Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Poszczególne części struktury tego hasła są ze sobą w ogóle niespójne, nawet nadinterpretacja wydaje się mało celowa.
Nieważne kto ten slogan wymyślił, ważniejsze, jest to co ma nieść za sobą praktycznego. Na stronie festiwalu czytamy takie oto słowa: "Mazury to jeden z kandydatów do miana światowego cudu natury plebiscytu fundacji New7Wonders. O ten tytuł walczy m.in. z Amazonką, górą Fuji i Wielkim Kanionem Kolorado. Czy tak się stanie?". Jest to wyraz bezpośredniego zaangażowania się w ochronę środowiska przez organizatorów EUoRF. Czy rzeczywiście tak jest?
Rozpocznijmy od artystów występujących na scenie. Okazuje się, że spośród tylu gwiazd muzyki rockowej i nie tylko, w zasadzie chyba jedna artystka odważyła się na konkretny komentarz jeśli chodzi o ochronę środowiska. Renata Przemyk, skierowała swoje poetyckie spojrzenie w stronę namiotu organizacji WWF i przemówiła do serc wszystkich dbających o ekologię. Reszta wykonawców nie pofatygowała się nawet o chwilę refleksji nad słowem "Eko" w nazwie festiwalu. Dowodem dla tych słów, niech będzie postawa Artura Rojka, który został zapytany, czy jest jakiś związek pomiędzy jego występem w Węgorzewie a ideą EUoRF. Artysta Myslovitz chwilę pomyślał i odpowiedział pytaniem, mniej więcej w ten oto sposób: czy ten kubek stojący tutaj na stole jest ekologiczny? Riposta była cięta ale i sprawiedliwa. Choć pewnie nawet Rojek nie wiedział, że festiwal ma w swojej nazwie słowo "Eko", gdyż, jak wiadomo po rocznej przerwie Myslovitz musi podreperować budżet jak największą liczbą koncertów (taka mini fabryczka koncertowa), powiedział właśnie coś co skłoniło do myślenia.
Wykonawcy w ogóle nie mieli pojęcia gdzie są. Wożeni od sceny do sceny, nie nadążyli chyba z pojmowaniem priorytetów festiwalowych EUoRF. Czy jest to ich wina? Nie. Jest to zasługa wyłącznie organizatorów, którzy powinni za pośrednictwem wykonawców przekazywać wartości zdrowego współżycia z przyrodą.
Innym punktem złamania idei widniejącej w nazwie, były wszechobecne plastikowe kubki po piwie walające się na scenie festiwalu i na polu namiotowym. Panowie konferansjerzy, w ogóle nie zwracali uwagi na ten problem i na inne kwestie natury ekologicznej, czasami tylko z grzeczności wskazywali na namiot WWF. Nie widać było zaangażowania żadnych, oprócz WWF towarzystw o proweniencji ekologicznej. Po za tym, nawet członkowie WWF oprócz organizacji symbolicznych konkursów, siedzieli przez większość czasu w swoim namiocie i po prostu się nudzili. Nie było żadnych kwest na rzecz poprawy środowiska i aktywności stowarzyszeń pro ekologicznych. Na stoiskach sprzedawano piwo i niezdrową smażoną kiełbasę, watę cukrową i słodkie gofry.
Słowo "Eko" w nazwie festiwalu, to fikcja i nic konkretnego nie niesie za sobą. Z pozytywów festiwalowych można wymienić dobry repertuar zagranicznych gwiazd no i oczywiście codzienną porcje doskonałej i darmowej zupy, oczywiście w plastikowych kubkach.
Podsumować EUoRF, nie można inaczej niż w ten sposób, że pomysłodawcy wykreowali fajną i modną nazwę, która wyłącznie gryzie się z rzeczywistością festiwalową.