Wielu ludzi cierpi na ciężkie choroby, których leczenia nie chcą się podjąć szpitale. Niedawno na łamach Dziennika, chora na chorobę Crohna Edyta Pawlik, skarżyła się na NFZ. Mimo poważnej choroby, Edyta nie może doczekać się leczenia, gdyż jak mówi pewien lekarz "u nas pacjent musi wyć z bólu, pójść na zwolnienie lub rentę, zanim dostane pomoc".Otóż te słowa są brednią, kłamstwem w żywe oczy, nieprawdą a bynajmniej tylko pobożnym życzeniem. Okazuje się, że renta nie jest wcale pewną przepustką do szpitala. Przypadek Pana Kazimierza, który trafił niedawno do szpitala w Sztumie, potwierdza tę zasadę.
Na podstawie przeżyć pacjenta można napisać komedię pomyłek, ale z tragicznym zakończeniem.
Kazimierz, mieszkaniec Malborka, pewnego sierpniowego dnia miał krwawienie z przewodu pokarmowego. Pogotowie nie chciało zareagować natychmiastowo, gdyż stan pacjenta "był stabilny" a pani, która odebrała telefon kazała zadzwonić do przychodni, gdyż inaczej pacjent będzie musiał czekać na karetkę bardzo długo.
Przychodnia stwierdziła, że krwawienie z przewodu pokarmowego kwalifikuje się do natychmiastowej pomocy. Po kolejnej przeprawie z Panią z pogotowia, karetka pogotowia przyjechała natychmiastowo i zabrała Pana Kazimierza.
Jak się następnie okazało, chory został od razu przewieziony do szpitala w Sztumie i tam położony na oddziale chirurgicznym. Lekarze zdiagnozowali marskość wątroby i przekonywali aby przenieść chorego na oddział wewnętrzny. Na dobrych chęciach się skończyło. Pan ordynator oddziału wewnętrznego, stwierdził, że chory nie wymaga leczenia na jego oddziale i nalegał na dalsze leczenie na oddziale chirurgii. Był nieprzyjemny i nie chciał w ogóle rozmawiać o stanie zdrowia chorego z rodziną. Stwierdził, że ma tylko 20 łóżek dla własnych pacjentów ze Sztumu. Pana Kazimierza po kilku dniach wypuszczono ze szpitala, bo lekarze uznali, że teraz pacjent wymaga opieki w domu. Chociaż chory, nie mógł chodzić o własnych siłach, jego brzuch przypominał piłkę, która zaraz pęknie, szpital nie chciał przewieźć karetką Pana Kazimierza do Malborka. Na domiar złego, lekarz na chirurgi nie miał chęci, wypisać żadnego skierowania na oddział wewnętrzny w Malborku. Sprawiał wrażenie bezradnego. Ostatecznie, pacjent był zdany tylko na pomoc swojej rodziny i na autobus miejski.
Po kilku dniach Pan Kazimierz osłabł na ulicy i w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala, ale już na wydział wewnętrzny w Malborku. Tak wygląda w Polsce '"stan stabilny".
Do tego, co mówiła Pani lekarz w cytacie, należałoby zmienić kilka słów i w imię sprawiedliwości społecznej powiedzieć, że aby dostać potrzebną pomoc trzeba zasłabnąć na ulicy, ale uważać aby nie umrzeć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz