czwartek, 16 lipca 2009

Eko-iluzja

Przed kilkoma dniami w Węgorzewie na Mazurach, miał miejsce "Eko Union of Rock Festiwal". Po tej krótkiej zapowiedzi równie szybka zagadka: co to za nazwa, z czym się może kojarzyć? Wszelkie pomysły wydają się złudne. Aby bardziej rozjaśnić tę łamigłówkę rozbierzmy tę nazwę na części wtórne. Otóż, "Eko", pewnie oznacza "ekologię", a "Union of Rock Festiwal", odnosi się chyba do różnego rodzaju muzyki cięższej, której reprezentanci prezentowali się na scenie.
Co to za połączenie, kto je wymyślił? Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Poszczególne części struktury tego hasła są ze sobą w ogóle niespójne, nawet nadinterpretacja wydaje się mało celowa.
Nieważne kto ten slogan wymyślił, ważniejsze, jest to co ma nieść za sobą praktycznego. Na stronie festiwalu czytamy takie oto słowa: "Mazury to jeden z kandydatów do miana światowego cudu natury plebiscytu fundacji New7Wonders. O ten tytuł walczy m.in. z Amazonką, górą Fuji i Wielkim Kanionem Kolorado. Czy tak się stanie?". Jest to wyraz bezpośredniego zaangażowania się w ochronę środowiska przez organizatorów EUoRF. Czy rzeczywiście tak jest?
Rozpocznijmy od artystów występujących na scenie. Okazuje się, że spośród tylu gwiazd muzyki rockowej i nie tylko, w zasadzie chyba jedna artystka odważyła się na konkretny komentarz jeśli chodzi o ochronę środowiska. Renata Przemyk, skierowała swoje poetyckie spojrzenie w stronę namiotu organizacji WWF i przemówiła do serc wszystkich dbających o ekologię. Reszta wykonawców nie pofatygowała się nawet o chwilę refleksji nad słowem "Eko" w nazwie festiwalu. Dowodem dla tych słów, niech będzie postawa Artura Rojka, który został zapytany, czy jest jakiś związek pomiędzy jego występem w Węgorzewie a ideą EUoRF. Artysta Myslovitz chwilę pomyślał i odpowiedział pytaniem, mniej więcej w ten oto sposób: czy ten kubek stojący tutaj na stole jest ekologiczny? Riposta była cięta ale i sprawiedliwa. Choć pewnie nawet Rojek nie wiedział, że festiwal ma w swojej nazwie słowo "Eko", gdyż, jak wiadomo po rocznej przerwie Myslovitz musi podreperować budżet jak największą liczbą koncertów (taka mini fabryczka koncertowa), powiedział właśnie coś co skłoniło do myślenia.
Wykonawcy w ogóle nie mieli pojęcia gdzie są. Wożeni od sceny do sceny, nie nadążyli chyba z pojmowaniem priorytetów festiwalowych EUoRF. Czy jest to ich wina? Nie. Jest to zasługa wyłącznie organizatorów, którzy powinni za pośrednictwem wykonawców przekazywać wartości zdrowego współżycia z przyrodą.
Innym punktem złamania idei widniejącej w nazwie, były wszechobecne plastikowe kubki po piwie walające się na scenie festiwalu i na polu namiotowym. Panowie konferansjerzy, w ogóle nie zwracali uwagi na ten problem i na inne kwestie natury ekologicznej, czasami tylko z grzeczności wskazywali na namiot WWF. Nie widać było zaangażowania żadnych, oprócz WWF towarzystw o proweniencji ekologicznej. Po za tym, nawet członkowie WWF oprócz organizacji symbolicznych konkursów, siedzieli przez większość czasu w swoim namiocie i po prostu się nudzili. Nie było żadnych kwest na rzecz poprawy środowiska i aktywności stowarzyszeń pro ekologicznych. Na stoiskach sprzedawano piwo i niezdrową smażoną kiełbasę, watę cukrową i słodkie gofry.
Słowo "Eko" w nazwie festiwalu, to fikcja i nic konkretnego nie niesie za sobą. Z pozytywów festiwalowych można wymienić dobry repertuar zagranicznych gwiazd no i oczywiście codzienną porcje doskonałej i darmowej zupy, oczywiście w plastikowych kubkach.
Podsumować EUoRF, nie można inaczej niż w ten sposób, że pomysłodawcy wykreowali fajną i modną nazwę, która wyłącznie gryzie się z rzeczywistością festiwalową.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz